17 lipca 2016

Mea culpa...

Cześć i czołem, padam do stóp! Padam i błagam o wybaczenie, bo długo mnie nie było. Ostatni post ukazał się... o fu...! DAWNO. Trzeba to nadrobić!

Dziś przedstawiam Wam... COŚ. Moją i Waszą blogową "maskotkę", o ile tak można to nazwać. Czas porzucić fejsowe kicajki (czyt. króliczki) i zrobić coś swojego. 

Wiem, że może bardziej pasowałby tutaj bochen chleba czy jakaś inna buła (losu)... Ale jest kostka. Ale nie taka zwyczajna kostka! Otóż to kostka... lodu! Heheszki. A że wielu z Was zna mnie jako Cold/Coldziaka tudzież Coldzixa - w głowie wyewoluował mi ten właśnie pomysł. 

To smutne, ale przedstawiam Wam go dziś w ponurej wersji. Ponieważ ma to być:

Smutność. Żałość. Przeprość.
Smutność bo ogólnie dałam ciała. Posty miały być często i dupa...
Żałość, bo i żal, no i... żal po prostu. 
Przeprość, bo przepraszam i obiecuję poprawę.

Ale muszę z Wami podjąć pewien deal. Umawiamy się tak: Ja robię pościki, w nieco innej wersji. W takiej wersji, aby przygotowanie (głównie zdjęć) zajmowało mi mniej czasu. Owszem, jeśli temat będzie wymagający, to zdjęć będzie ile trzeba. Wtedy będę w stanie szybciej przygotować post i go opublikować. Znajdę też dzięki temu więcej czasu na rysowanie. A marzy mi się zrobienie kilku różnych wersji kostki. 

Właśnie... kostki. Trzeba to jakoś nazwać, co nie? Może macie jakieś pomysły? 
Piszcie w komentarzach propozycję! 
Być może nagrodzę najlepszą, chociaż jeszcze nie wiem jak :D

____________________________________
Mała zapowiedź najbliższych postów:
- autorski przepis na ciasto karmelowe
- kulinarny tuning
- pomysł na słoną, ciepłą przekąskę
- i też jakąś tartę ukręcę.



Śledźcie bloga i mojego instagrama: Wyglodnialec
Bądźcie na bieżąco!

Bajo i do zobaczenia!
Paulina

19 czerwca 2016

Nowy nagłówek i wygląd bloga :)

Siemaneczko Wygłodnialcy!

Jak może ktoś już z Was zauważył zmieniłam nieco szablon bloga. Przyszedł też czas na zmianę nagłówka. Tak jak już wcześniej Wam pisałam, wykorzystałam tutaj swój portrecik. W sumie po to głównie go rysowałam.

Miałam tylko jeden problem. Nie wiedziałam na którą wersję mam się zdecydować. Co chwila miałam inny pomysł, zmieniałam całość kilkanaście razy. W końcu przystałam na tym, co widzicie.
Nie wiem tylko jak to będzie z tym przezroczystym tłem. Waham się co do tego do teraz. I nie wiem.



Planuję też zorganizować jakieś tło. Ale jeszcze nie przetrawiłam tego tematu i nie mam nawet konkretnego pomysłu.

O losie co się dzieje w mojej głowie. Pisząc właśnie tego posta, o braku pomysłów mój mózg zrobił sobie "burzę"... jestem zasypywana pomysłami. Lol.

W takim razie mogę Wam już zapowiedzieć że ten nagłówek również zmienię. Coś czuję, że to co mi właśnie wpadło do głowy, będzie dobre :D

Ale ale, musicie mi powiedzieć (napisać) co myślicie o tym, który jest teraz? (Jak będzie za bardzo upierdliwy to zmienię).

Aha i jeszcze pytanie mam do Was! 
Chcecie, żebym wrzucała tutaj zapowiedzi rysunków? 
W sensie robić posty "postępowe"? Czy ograniczyć się tylko do efektu końcowego? 
Dajcie znać, jak wolicie :> 

Trzymajcie się, bajo!

~Paulina

16 czerwca 2016

Sezon na grillowanie - nie tylko kiełbasy

Cześć Wygłodnialcy!


Zapewne pierwszy grill tego sezonu już za Wami, ale chyba nic nie stoi na przeszkodzie aby przy kolejnej okazji spróbować czegoś innego niż tylko kiełbaski ;) 

Już jakiś czas temu robiliśmy grilla, ale dopiero teraz zebrałam się w sobie na przygotowanie tego posta. Nie będzie tu tylu zdjęć co zazwyczaj, musicie mi to wybaczyć. Żeby nie było - nic do kiełbasy nie mam, bardzo ją lubię. Taką z grilla czy ogniska szczególnie. Ale jest przecież tyle różnych rzeczy, których można zjeść.


Pokażę Wam dziś prosty sposób, jak urozmaicić grillowanie.
Do dzieła!

Pikantny kurczak.
Do przygotowania potrzebujemy:
  • trzy filety z kurczaka
  • garść świeżej kolendry
  • ostra przyprawa do kurczaka
  • olej / oliwa z oliwek (lub jakikolwiek olej - jaki lubisz) 
  • wykałaczki
Krok po kroku:

1. Kurczaka kroję w długie, wąskie paski.
2. Przerzucam mięso do miski i doprawiam posiekaną kolendrą, przyprawą i  odrobiną oleju. Można użyć gotowej mieszanki przypraw lub skomponować własną według uznania. 
3. Do mieszania przyda się rękawiczka (po co brudzić sobie dłonie?)
4. Mięsko najlepiej jest odłożyć do lodówki, aby dobrze przeszło przyprawami.
5. Przed grillowaniem wystarczy nadziać mięsko na wykałaczki. Będzie wygodniej obracać mięsko no i jeść też fajniusio.
6. Kurczak w tym wydaniu smakuje wyśmienicie w połączeniu z sosem, tym który robię również do pizzy. Przepis znajdziecie TUTAJ.


Z racji, iż grillowaliśmy koło godziny 21.00, było już ciemno i w sumie... 
wolałam jeść niż robić zdjęcia :D

Sałatka ziemniaczana.
Do przygotowania potrzebujemy:
  • 6 średniej wielkości ziemniaków
  • 1 większe awokado
  • kilka suszonych pomidorów
  • musztarda francuska
  • pęczek świeżego koperku
  • sól i pieprz do smaku
Krok po kroku:

1. Na początek gotuję ziemniaki w skórach z odrobiną soli.
2. Kiedy ziemniaki będą już miękkie, obieram je i kroję w większą kostkę, talarki lub ćwiartki - co kto woli ;)
3. Awokado również obieram i kroję w kostkę.
4. Suszone pomidory kroję w wąskie paski.
5. Koperek siekam drobno i dodaję do reszty składników.
6. Całość skraplam odrobiną oleju od suszonych pomidorów i dodaję musztardę francuską. Jej ilość zależy od Was. Ja dałam jej sporo, bo bardzo ją lubię.
7. Na koniec pozostaje przyprawić wszystko solą i pieprzem, i dokładnie wymieszać.


Oczywiście jestem mega gułą, bo nie zrobiłam zdjęcia po wymieszaniu. Brawo dla mnie...

Sałatka (prawie) grecka
Do przygotowania potrzebujemy:
  • 5 średnich pomidorów
  • 1 długi ogórek szklarniowy
  • 3 małe cebule czerwone
  • sałata jaką kto lubi, ja użyłam rzymskiej
  • ser sałatkowy lub dla koneserów grecki ser feta ;)
  • oliwki (u mnie brak, bo nie przepadam)
  • papryka świeża (u mnie brak, bo Mateusz nie przepada)
  • oliwa z oliwek
  • przyprawa do sałatek, sól
Krok po kroku:

1. Pomidory kroję w półksiężyce, ogórki w plastry, cebule w piórka.
2. Sałatę rozrywam na drobne kawałki.
3. Część sera kruszę w rękach na malutkie kawałki i dodaję od razu do miski. Resztę kroję w większą kostkę i daję na samą górę.
4. Przyprawiam wszystko odrobiną przypraw i skrapiam oliwą z oliwek.
5. W przypadku każdej sałaty, trzeba pamiętać aby jej zbyt długo nie mieszać i nie dusić, żeby jej nie zmęczyć ;) 


Kto lubi oliwki - dodaje oliwki ;) 

Kto uważniej przyjrzał się pierwszemu zdjęciu, zastanawia się pewnie: "Gdzie cukinia i papryka w tychże przepisach?". Tak jak wspomniałam wcześniej, do sałatki wyżej można dodać paprykę, ale że Mateusz nie lubi... w mojej jej nie ma. Ale papryka jest równie smaczniusia jak się ją grilluje. To samo tyczy się cukinii. Pokroiłam więc paprykę czerwona, żółtą i zieloną na mniejsze kawałki. Sypnęłam nieco przyprawy do grilla i na ruszt! Cukinię pokroiłam wzdłuż w półcentymetrowe paski. Również przyprawiłam i na grill! Planowałam zrobić z tych warzyw później zupę krem. Ale stało się tak, że większość zjedliśmy i w zasadzie już nie bardzo było z czego robić. Trochę smuteczek, ale takie pyszne były! 

Tyle na dziś! 
Może przy okazji najbliższego grilla, spróbujecie zrobić coś podobnego. 
Jeśli tak,koniecznie dajcie mi znać jakie były rezultaty :) 

No to standardowo zapytam:
Jadłbyś? Jadłabyś?

Piszcie :)

~Pozdrawiam
Paulina

14 czerwca 2016

Sukces! Skończone!

Cześć Wygłodnialcy!

Dziś jestem bardzo podekscytowana, bo czekałam długo (dość) na ten post. Ale udało się niedawno skończyć rysowanie i w końcu mogę się Wam pochwalić. Bardzo ciekawią mnie Wasze opinie w tym temacie. Dwie duszyczki zostały obdarowane małymi "spojlerami" tego rysunku. Początkowy szkic mogli niektórzy z Was zobaczyć na moim Instagramie. W tym momencie czas Was na niego zaprosić, więc zapraszam: Wyglodnialec to ja :D Postaram się dodać też tutaj w pasku bocznym odnośnik. No i na insta postaram się dodawać zapowiedzi nadchodzących postów, więc jeśli używacie i chcecie być na bieżąco - zachęcam do obserwowania mojego profilu. Czasami wrzucam też to, czego na blogu nie znajdziecie. Chyba warto ;)

Ok, ok, bo mnie ochrzanicie, że znowu zaczynam od biadolenia (ale cóż zrobić, kiedy lubię?). Przechodzę już do konkretów. Oto przed Wami moje drugie dziecko z tabletem graficznym (jak to brzmi, o losie xD). Jestem taka dumna, że sobie nie wyobrażacie.

TAAAA DAAAAM:

Tak, tak - to ja. 
W rzeczy samej, w sumie rysunku samym. Uściślając: upiększona wersja mnie.

Gapię się w bok, ponieważ planuję wykorzystać ten portrecik w nagłówku bloga, ale jeszcze rozmyślam jak to zrobić, żeby było ładnie ;) Co do samego rysunku jeszcze, jest to mój drugi portret w kolorze i drugi rysowany pixelami. Nie sądziłam, że będę aż tak zachwycona rysowaniem na tablecie! Pluję sobie w brodę, że nie odważyłam się na ten zakup wcześniej. Kilka lat wcześniej. Może pracowałabym teraz w jakiejś graficiarni czy coś... A może jeszcze nic straconego? Zobaczymy.

Widzę nadal kilka małych niedociągnięć, ale że rysunek mam zapisany w formie photoshopowych warstw, może najdzie mnie jeszcze kiedyś to "dorobić". Ale nie oszukujmy się - z pewnością nie będę miała na to ochoty. Nie lubię wracać do starych rysunków i ich zmieniać, nawet jeśli od błędów bolą oczy. 

Wiem i świadoma jestem tego, jak nieskromnie to brzmi, ale uwierzcie mi - jestem z siebie dumna. W sumie nie pamiętam, kiedy ostatnio aż tak bardzo to czułam. Ten portret dodał mi skrzydeł. A rysowanie sprawiło ogromną frajdę. Mateusz może potwierdzić. Kilkanaście razy podczas kilku krótkich "sesji" rysowania zdarzało mi się po prostu zastygnąć w szoku. Bo "tak mi to wychodzi"! Bałam się, że okaże się że tablet to wyrzucone pieniądze, bo nie będę potrafiła zrobić nic dobrego. Nawet jak to piszę, to się jaram. Jestem świrnięta. 

Największy fun sprawiło mi rysowanie szczegółów. Mimo, że cały czas powtarzałam sobie: "Paulina,  ogarnij się! Nawet tego nie będzie widać!" Ja i tak kąciki oczu rysowałam 15 minut, albo i dłużej... Ale jak już weszłam w trans, szło mi szybciej.


Najbardziej obawiałam się rysowania włosów, bo nie jestem w tym najlepsza, jeśli chodzi o rysowanie ołówkiem. Tym bardziej, że ten rysunek jest w kolorze. Czarno to widziałam, ale po raz kolejny byłam w szoku, bo wyszło. Wyszło tak jak chciałam. 

Ok, wyśmiałam właśnie samą siebie. Dotarło do mnie to, jak się rozwodzę nad tym rysunkiem. Pierwszymi (udanymi) portretami w ołówku się tak nie "samozachwycałam". Lol. Może już wystarczy. Może teraz Wasza kolej?

Bardzo liczę na Wasze opinie i podpowiedzi :)

Właśnie wpadłam na pomysł... Przeniosę na pixele dwa rysunki sprzed lat... Ale najpierw chciałabym porysować coś na jakieś konkursy. Może uda się coś jeszcze wygrać? ;) 

Napiszcie mi koniecznie jak Wam się podoba i co o tym myślicie.

~Pozdrawiam!
Paulina :v

12 czerwca 2016

Masterchef - Pizzamaster edition + gratis ♡

Cześć Wygłodnialcy!

Na wstępie błagam Was o litość i wybaczenie, że post nie ukazał się wcześniej. Nie dałam rady. Miałam już prawie wszystko, mogłam go opublikować, ale wolałam go dopieścić i puścić dopiero dziś. Mam nadzieję, że Wam się spodoba i zasypiecie mnie pozytywnymi komentarzami ♡ (na to liczę :D). 

Dziś mam dla Was to co lubi KAŻDY. Serio - nie znam nikogo, kto nie lubi pizzy! Pamiętajcie: "Pizza nie pyta. Pizza rozumie". Przepis na ciasto, który obecnie stosuje "wyniosłam" w posagu z pracy w restauracji włoskiej. Jak Włochy to i pizza była. I to nie byle jaka! Ogólnie przepis na którym pracowałam był bodajże na 3, 6, 9 lub 12 kg mąki - także się nie cackaliśmy. Ale... od czego są proporcje? Z matmy to zawsze byłam noga (i to taka kulawa), ale proporcje zawsze na stopro ;D Ok. Tyle tytułem wstępu. Do dzieła!

Co będzie potrzebne?
  • miłość do pizzy 
  • sprawny piekarnik (chyba, że masz piec do wypiekania pizzy)
  • przyda się też blaszka (nie musi być taka do pizzy, ale może)
  • nóż do pizzy pomoże - nie ma nic gorszego od krojenia pizzy zwykłym nożem ;_;
  • odrobina cierpliwości (co by sobie ciasto mogło spokojnie wygarować*) 
*Garowanie to proces, podczas którego ciasto wyrasta. Ale spokojnie - nie będziecie musieli czekać 10 godzin ;)

Składniki na ciasto CIENKIE:
Z porcji poniżej wychodzą trzy pizze o średnicy 32 cm.
  • 3 szklanki mąki / 500 gram
  • 1,5 łyżeczki soli / 13 g
  • łyżeczka cukru / 7 g
  • 12-15 gram drożdży
  • 2/5 szklanki oleju / 70 g
  • niepełna szklanka wody / 235 ml/g
Kilka ważnych słów odnośnie przepisu. 
W oryginalnym przepisie w takich samym proporcjach co sól - dodaje się jeszcze polepszacz, który przyspiesza garowanie ciasta. Ale sprawdziłam niejednokrotnie iż można ten składnik pominąć, nie zastępując go niczym. Co do mąki. W oryginalnym przepisie używa się mąki typu "00" oraz "500" w stosunku 1:1. Na początku sama tak robiłam. Ale ze względu na to, iż mąka "00" jest dość droga (ok. 8-10 zł/kg - do kupienia w Piotr i Paweł) próbowałam różne kombinacje. I szczerze mówiąc nawet używając tylko mąki tortowej "typ 450", czy wrocławskiej "typ 500" pizza zawsze wyszła super. Więc jeśli będziecie chcieli spróbować tego przepisu, może użyć po prostu 500 gram mąki typu 450. 

Krok po kroku:
1. Zaczynam od odmierzenia mąki.  Następnie dodaję do niej: sól i cukier.

2. Drożdże rozkruszam w dłoniach i dodaję do miski. Następnie rozcieram drożdże w mące, aby je jak najbardziej rozdrobnić.

3. Do miski wlewam olej oraz wodę.

4. Na początku, aby połączyć składniki mieszam wszystko łyżką. 

5. Kiedy składniki trochę się już ze sobą połączą, wysypuję odrobinę mąki na blat/stolnicę i wyrzucam na nią ciasto. Ciasto trzeba dokładnie wyrobić. Ugniatanie powinno trać przynajmniej 10-15 minut. 

6. Wyrobione ciasto formuję w wałek i rozdzielam na mniej lub bardziej równe - trzy części. Formuję ciasto na blacie w kulki i odkładam na tackę/deskę posypaną mąką w odstępach. Ciasto przykrywam czystą ściereczką i zostawiam do wyrośnięcia.

7. Teraz czas wyrastania ciasta, możemy poświęcić na przygotowanie dodatków oraz sosu, lub jak tylko chcecie. Należy pamiętać, że im więcej czasu damy na wyrośnięcie - tym ciasto będzie lepsze. Ja zostawiłam ciasto na... bodajże 3 godziny i wyrosło idealnie. Ale trzeba wziąć pod uwagę to, iż na zewnątrz był upał i w mieszkaniu było cieplutko. Więc ten czas może być zależny od panujących warunków ;) 

8. Tak naprawdę jak skomponujecie Waszą pizzę leży tylko w Waszych rękach. Ja najbardziej lubię klasycznie: sos pomidorowy, ser, salami, cebula, pieczarki i oregano. 

Pizza z tego przepisu bardzo szybko się wypieka. W zależności od tego, czy lubicie "giętką" czy "sztywną" należy ją piec 5-7 minut w temperaturze 220 stopni Celsjusza. 

9. Dla głodnych wrażeń przygotowałam też wersję pizzy-pieroga czyli calzone.
Przygotowanie jest proste. Trzeba tylko ciasto rozkręcić bardziej w owal. Składniki nakładamy tylko na jedną połowę, zawijamy. Koniecznie wierzch trzeba nakłuć w kilku miejscach, na przykład widelce, aby nie wyrosła za duża poduszka z ciasta ;) Górę ciasta warto posmarować również rozkłóconym jajkiem z odrobiną wody, dzięki temu ciasto ładnie się zarumieni i będzie błyszczące.
Calzone najlepiej piec w nieco niższej temperaturze 200 stopni C. przez około 10 do 15 minut
Wszystko w zależności od tego, co włożycie do środka. 

Nie pozostaje nic innego - tylko jeść! 


Jeśli ktoś z Was chce poznać mój prosty przepis na smakowity sos do pizzy, przedstawiam go poniżej.
Oczywiście można zaszaleć i zrobić go ze świeżych pomidorów, ale... nie zawsze jest na to czas.


Ja używam takich oto składników:
  • 1 puszka pomidorów bez skóry (całe lub w kostce - to bez znaczenia) / 400 g
  • słoiczek małego koncentratu pomidorowego / 200 g
  • 1 średniej wielkości czerwona cebula
  • sól, pieprz i cukier
  • zioła i przyprawy
Przede wszystkim używam tego co na zdjęciu wyżej. Uwielbiam mieszanki przypraw  Kotányi . Są genialne. A zioła prowansalskie miałam akurat z Kamisa, ale też dają radę :D (uwaga, nie ma tu żadnych prodaktplejsmentów).

Sosik krok po kroku:

1. Do garnka/rondelka przerzucam pomidory z puszki. Dodaję koncentrat.
2. Doprawiam połową łyżeczki soli, łyżką stołową cukru i połową łyżeczki czarnego, świeżo mielonego pieprzu.
3. Dosypuję mieszanki przypraw: oregano, zioła śródziemnomorskie i prowansalskie oraz słodką paprykę i odrobinę pieprzu cayenne. 
4. Stawiam całość na palniku, na średnim ogniu.
5. W tym czasie siekam drobno czerwoną cebulkę i dodaję posiekaną do garnka.
6. Całość wystarczy zagotować.
7. Jak nieco przestygnie można zblendować.
8. Na sam koniec dodaję jeszcze posiekane listki świeżej kolendry, która dodaje charakteru.



I gotowe! 

Sos nadaje się do smarowania spodu pizzy jak i do zjadania już z upieczoną. I w sumie... nie tylko pasuje do pizzy. Taki sam sos przygotowuję do makaronów, zapiekanek - co tylko dup... tzn dusza zapragnie! 
Poza tym przetrzymywany w lodówce, może stać nawet i tydzień, chociaż my zazwyczaj zjadamy go wcześniej ;) 


Narobiłam Wam ochoty na pizzę?
Jadłbyś? Jadłabyś?


Dajcie znać jak Wam się podoba post!

~Paulina


PS. Mam jeszcze przepis na ciasto puszyste, dla tych którzy wolą jak ciasta jest dużo. Podzielę się z Wami przepisem, jak będę robić małe pizzerki :) 

PS2. Pamiętacie o konkursie Scifun's, w którym brałam udział? Wygrałam! Pochwalę się nagrodą, jak tylko trafi w moje ręce :) 

7 czerwca 2016

Gość z cyckami i babka sikająca na stojąco - aktualizacja The Sims 4.

Cześć Wygłodnialcy!

Są tu wśród Was jacyś Simomaniacy? Kochani, simsy to gra którą kocham od dzieciństwa. Pamiętam moją ekscytację pierwszą grą "The Sims". Szałem jaki wywołała wersja "The Sims 2" i to jakie cuda można było tworzyć za pomocą "The Sims 3". Radość z każdego dodatku, z akcesoriów... miałam i mieć będę zawsze. Obecnie śmigam w "The Sims 4" i mimo początkowej sceptyczności, okrojonych graficznie mebli, strojów i innych dupereli... spędziłam 209 godzin w grze (a to jak na mnie to mało). Oczywiście do tej pory. A ostatnio mało mam niestety na to czasu. Ale nie o tym dziś. Całkiem niedawno EA Games wypuścił aktualizację gry w której... oj dzieje się! Jest kilka rzeczy, które zostały zmienione, ale mnie jak i większość zaciekawiła ta jedna: wyłączenie blokady płci. 


O co chodzi? Delikatnie mówiąc "gender na milion sposobów". Pomijam już to, że facet może mieć damską fryzurę i odwrotnie. Z tego jestem zadowolona. Często zdarzało się, że chciałam simce fundnąć nowy, krótki fryz, ale wybór był niewielki. Teraz można przebierać i wybierać. No ale żeby facetowi robić cycki? To już przesada. Zobaczcie sami, jak to wygląda.

Sim płci męskiej. Wszystko w normie: ubrania męskie, zapładnia innych simów, sika na stojąco itd...

A co się stanie gdy... trochę w tym namieszamy?

Nasz sim (mężczyzna) zyskuje damską sylwetkę, ubiera damskie ciuszki, może zajść w ciąże (!) i sika na siedząco. O Matko Bosko i wszyscy Święci! <olabogax100>

Można pójść też drugą stroną i simkę (kobietę) zmienić w... coś o męskiej sylwetce, ubranego w męskie ciuszki... i posiadającego cycki. Ogólnie GRUBO. Oczywiście można pójść na całość i ustawić simce opcje zapładniania innych simów i sikanie na stojąco, ale chyba dwie pierwsze opcje to już jak dla mnie za wiele. 

Ale, ale! To jeszcze nie wszystko! Nie byłabym sobą, gdybym nie zrobiła dla Was czegoś specjalnego... Oczywiście nie jest to nic zmyślnego, bo w simowej Galerii już się od tego roi, ale przynajmniej zrobiłam TO sama.

Panie i Panowie, przed Wami:

Komuś trzeba przedstawiać? Jeśli są wśród Was tacy szczęśliwcy - wiedzcie, że zazdroszczę ;)

Wiem, że zarost "nie taki", ale nie chciałam w modach szukać specjalnie po to, by odwzorować Conchite :'D 

Zabawiłam nieco w internetach i zrobiłam dla Was ekstraśnego GIFa : 
Jeśli nie działa, możecie mnie śmiało zbesztać :v

A na sam koniec: Zagadka.


Co myślicie o tych zmianach?
Gracie w simsy? Może w "czwórkę"?

Dajcie znać :) 

~Paulina

5 czerwca 2016

Jak sprawuje się tablet - wstępna recenzja + rysunek

Cześć Wygłodnialcy!

Zauważyłam, że poprzedni post szału nie zrobił i nikomu niczego nie urwało, więc dziś z innej beczki ;) Czas wrócić do mojego ostatniego zakupu, czyli tabletu graficznego. O jego zakupie pisałam tutaj: KLIK

Od jakiegoś czasu pracuję nad pewnym rysunkiem, którego planuję dać jako baner/nagłówek do bloga. Idzie mi powoli, ale dlatego że niewiele mogę na to poświęcić czasu. Jak skończę na pewno Was o tym poinformuję. Szczerze, mówiąc nie mogę się już tego doczekać, bo skromnie powiem Wam, że idzie mi całkiem całkiem. Ale nie będę Wam spojlerować. Chociaż... Może właśnie to dobry moment, aby Was zaprosić na mojego Instagrama. Wrzucam tam zapowiedzi postów, jak również inne rzeczy, także te które nie wylądują tutaj. Więc jeśli jesteście ciekawi, zapraszam : wyglodnialec. Moje profilowe to pizza, z pewnością znajdziecie.Co do pizzy, niebawem będzie post w tym temacie! Bądźcie czujni, bo tego nie można przegapić - uwierzcie mi na słowo. 

Ale już teraz wracam do tematu. Tablet. Jestem nim zachwycona! Oczywiście musiałam nim nieco pomachać, aby się do niego przyzwyczaić. Ale jest super. Często w trakcie rysowania pluję sobie w brodę, że nie odważyłam się na taki zakup wcześniej. Głupia ja. 

Kupiłam go w Media Expert ("włączamy niskie ceny!") za 169,99 zł i było to najlepiej wydane 169,99 zł w życiu (dotychczasowym). Jeśli ktoś jest zainteresowany danymi technicznymi czy czymś tam, podrzucam link do sklepu internetowego: KLIK

Serio nie sądziłam, że tak mi się spodoba takie rysowanie. Nawet pokusiłam się o pierwsze w życiu poważne rysowanie portretu w kolorze. Wcześniej operowałam tylko ołówkami. Kredek się nie tykałam, poza jednym przypadkiem (ale to z marnym skutkiem, nie ma o czym mówić). Siedzę sobie na kanapie, nogi wyciągam na ławę. Laptop na kolana, tablet do ręki i można rysować. Idealnie! Rysując ołówkami na papierze musiałam siedzieć przy biurku, koniecznie w dobrym oświetleniem. Teraz rysowanie na wypasie :D 

Ok. To taka moja wstępna recenzja. Z ręką na sercu - jeśli ktoś z Was zastanawia się nad zakupem takiego urządzenia - polecam! 

Znacie Scifun-a? Jeśli nie, koniecznie odwiedźcie jego kanał na YouTube. Kilka dni temu ogłosił na facebooku konkurs. Do wygrania jest książka Crisa Hadfielda "Kosmiczny poradnik życia na Ziemi". W związku z tym, iż jaram się "kosmosami" to coś dla mnie. Postanowiłam wziąć udział w konkursie. Tematyka związana z lotami kosmicznymi, więc postanowiłam sportretować naszego rodaka. Jedyny (jak dotychczas) Polak, który wziął udział w wyprawie w kosmos - Mirosław Hermaszewski.

Rysunek powstał w dwa dni, ale ile czasu dokładnie na niego poświęciłam - nie wiem. Może łącznie 2-3 godziny, ale nie jestem pewna. Chciałam go dopieścić i zrobić wszystko na cacy, ale już mi się nie chciało... Ale ciii... ;)

Tutaj oryginał:

Oczywiście jestem na tyle leniwa, że nawet nie próbowałam rysować skafandra. Postawiłam tylko na rysunek twarzy. Obawiałam się jak zwykle tego, jak wyjdzie mi narysowanie włosów -czasem mam z tym problem. Wyszło lepiej niż się spodziewałam :D Ogólnie... trochę go odmłodziłam i... Czy tylko ja teraz widzę podobieństwo do Bradleya Coopera? O ja Cie. Przerobić włosy i będą dwa portrety w jednym. Taka heca! 

Co myślicie o rysunku? 
Podoba Wam się? 

Piszcie, czekam na Wasze komentarze :) 

~Paulina

3 czerwca 2016

Zielono mi - czyli mój parapetowy mini-ogródek

Cześć Wygłodnialcy!

Zacznę od tego, że post miał być wczoraj rano. Ale niestety, kiedy w środę przygotowywałam post, internet nam umarł. Nie byłam w stanie go dokończyć i opublikować. Dokończyłam pisanie wczoraj późnym wieczorem, więc zostawiłam Wam post na dzisiejszy poranek. Co u Was słychać? Jak humory po dniu dziecka? U mnie na osiedlu w przedszkolu była gruba biba. Była tak gruba, że na parkingu gdzie ZAWSZE jest praktycznie pusto - zostało tylko kilka wolnych miejsc. Chciałam dołączyć, ale chyba już jestem za stara :( Mniejsza o to...

O czym dzisiaj? O tym jak sadzić, palić, zalegali...! No dobra, niezupełnie o tym. Ale będzie o ziołach. Tylko takich innych ;) W sumie jak tak sobie pomyślę, to zawsze lubiłam babrać się w ziemi, dbać o kwiatki które miałam w swoim pokoju. Kilka albo już nawet kilkanaście lat temu, zasadziłam razem z siostrą nasiona cytrusów. Już nawet nie pamiętam dokładnie czy były to pestki od cytryn, mandarynek czy pomarańczy, ale na pewno jednej z tych trzech. I co? Niestety owoców się raczej nie doczekamy, roślinka nigdy nawet nie kwitła. Ale urosło niezłe drzewko, które musiałam systematycznie przycinać, aby nadal mieściło się na parapecie (a tam najlepsza miejscówka - bo najwięcej światła). 

Dziś kilka słów o roślinkach, które wyhodowałam. Chciałam Wam pokazać zdjęcia pierwszego wysiewu, ale niestety zdjęcia gdzieś mi przepadły. Ale ostatnio musiałam je przesadzić w większą doniczkę i porobiłam kilka fotek. 

Może zanim zacznę pisać o tym co mi wyrosło (a co nie), napiszę od czego zaczęłam (lol). Otóż pierwszym krokiem do mojego parapetowego ogródka była wyprawa do castoramy. Tam kupiłam paletkę małych doniczek, ziemię i oczywiście rzecz jasna nasionka.
Za doniczki zapłaciłam 6,36 zł (12 sztuk), a za ziemię bodajże 8,50 zł (5 litrów).
Nasionka kosztowały 1,98 zł za opakowanie, a kupiłam ich kilka.

Przy pierwszym podejściu wysiałam bazylię, kolendrę, cząber, oregano, miętę, szczypiorek, tymianek, i roszponkę. Efekt tego był niestety mierny. Ale... gdzie popełniłam błąd? Nie wiem (jeszcze). Chciałam Wam jeszcze napisać kilka informacji (kiedy wysiewać, kiedy zbierać, jakie zastosowanie) o każdym ziółku, ale ostatecznie zrezygnowałam z tego pomysłu, żeby tekstu nie było zbyt dużo. A wszelkich informacji w temacie możecie szukać chociażby w Wikipedii ;)

Ok, przechodzę już do rzeczy. Może zacznę od bazylii. Bardzo ją lubię. Nie sądziłam, że taka ledwie wyrośnięta, mała roślinka wydziela tak intensywny aromat! Ta zgraja średniej wielkości (mam nadzieję, że JESZCZE) roślinek jest z dwóch doniczek. W jednej wyrosła tylko jedna roślinka, nie wiem dlaczego. Teraz pytanie: ile czasu zajęło im wyrośnięcie? Kurde faja, no nie wiem. Musiałabym odkopać paragon z castoramy i wtedy wiedziałabym, ale to trochę niewykonywalne. Trudno. Musicie mi to wybaczyć. 

W kolendrze zakochałam się niedawno. Kupiłam kiedyś krzaczek w jednym z marketów i dodawałam tych ziół do wszystkiego. Kiedyś napiszę Wam z pewnością o naleśnikach... W tym kolendra sprawdziła się doskonale! Co do samej roślinki - wyrosła chyba jako pierwsza. Ale to pewnie dlatego, iż nasiona były ze wszystkich największe. Rozrastała się bardzo szybko. Jak tylko podbierałam jej listki, natychmiast wypuszczała nowe. Genialna roślinka.

Na cząber zdecydowałam się w sumie z ciekawości. Nie miałam nigdy styczności z tym ziołem (w wersji świeżej) i byłam bardzo ciekawa czy coś wyrośnie. Plon wypuściło kilka nasionek, a roślinka rosła w oczach. Chociaż listki są rzadkie, łodygi ma bardzo długie. Muszę jeszcze pomyśleć nad tym jak wykorzystam cząber w kuchni. 

Oregano niestety nie zaszalało.  Z dwóch doniczek - jedna została pusta. Nie wyrosło w niej kompletnie nic. Ale w drugiej trzy nasionka dały radę :D I jest. Uwielbiam oregano! Dosiałam go więcej, mam nadzieję że wyrośnie coś jeszcze. 

Czujecie miętę? Ja tak! I to bardzo. Niestety tutaj podobnie jak z oregano - z dwóch doniczek, jedna została pusta. A w drugiej wyrosła jedna miętka. Biednie, ale zawsze coś. Chociaż w sumie już ją zdążyłam obskubać nieco. Ale nadal trzyma fason ;) Zrobiłam drugi wysiew, oby tym razem wyrosło więcej. 

Szczypiorek wyrósł, ale męczył się niesamowicie chłopak. Zdjęcia mu nie zrobiłam, bo zdecydowanie nie ma się czym chwalić. Ale dosiałam go jeszcze, może tym razem lepiej wyrośnie. Tymianek nie wyrósł w ogóle. Nie wiem dlaczego, co poszło nie tak? Ale postanowiłam dać mu drugą szansę. Podobnie jak roszponce, która owszem - wyrosła bujnie, ale szybko zdechła :( Tym razem przypilnuję, aby szybko ją zjeść, a co! 

Po drugiej wizycie w castoramie dokupiłam nasionka kopru włoskiego, rozmarynu i pietruszki naciowej. I tak jak wcześniej wspomniałam, postanowiłam dać drugą szansę tymiankowi i mięcie. 

Mimo iż pogoda nas nie rozpieszcza ("Czasem słońce, czasem deszcz"), jestem pełna nadziei, że coś z tego wyrośnie. Coś poza koprem, który wystrzelił z nasion jak z procy ;) Z roszponką zaszalałam i wysiałam wszystkie nasionka, które mi zostały w pudełku po lodach :D Ciekawe czy zjem z niej jakąś surówkę...

To tyle na dziś, ale to nie ostatni post w temacie rosnącej u mnie zielenizny. Macie podobne parapetowe ogródki u siebie? Może wiecie dlaczego tymianek nie wyrósł? Może potrzebuje specjalnej troski? (hehe Dajcie znać :)

Śledźcie bloga - bądźcie na bieżąco. 
I pamiętajcie: Jeden komentarz = jeden naostrzony nóż lub ołówek ;)

Trzymajcie się, cześć!


Do następnego!
~Paulina

30 maja 2016

Szpinakowi odbiło - czyli ciasto szpinakowe

Cześć Wygłodnialcy!

Tak jak zapowiadałam, tak teraz piszę, oto przed Wami przepis na ciasto ze szpinaku! 

Brzmi intrygująco, wiem. Sama byłam sceptycznie nastawiona do całego pomysłu, ale spróbować trzeba, prawda? Generalnie szpinak uwielbiam. W sumie w każdej postaci i tej świeżej, i mrożonej w liściach lub formie przetworzonej na sieczkę. Tagliatelle w sosie śmietanowo-szpinakowym i do tego grillowany łosoś... mmm uwielbiam! Zapiekanka ziemniaczana ze szpinakiem i sosem serowym. Pierś z kurczaka faszerowana szpinakiem i serem pleśniowym. Sposobów na wykorzystanie tej sprytnej, liściastej rośliny w daniach słonych jest mnóstwo. A co jeśli chodzi o przepisy na słodko? Po szybkim wklepaniu w google "szpinak na słodko" zostałam zasypana masą zdjęć słodkich ciast, ciasteczek, tart i innych zielonych słodkości. Najpopularniejszym tego typu przepisem (a przynajmniej tak mi się wydaje) jest ciasto o nazwie "Zielony mech"/"Runo leśne". (Matka ćpie, że wiesz? Kto wymyślił tę nazwę - nie wiem). Biszkopt jest ze szpinakiem, ciasto przełożone kremem i posypane pestkami granatu.  Ale stwierdziłam, że nie chcę powielać tego, czego w internecie jest mnóstwo. Pokażę Wam trochę inny przepis. Zaczynamy! :)

Co będzie potrzebne?
  • Zamiłowanie do szpinaku
  • Brak przeciwwskazań do spożywania kokosa (i produktów z niego wytworzonych)
  • Przyda się coś do odmierzania składników
  • Sprawny mikser i piekarnik
  • Forma do pieczenia, papier/pergamin do pieczenia 
  • I chwila czasu.
Ogólnie ciasto robi się bardzo szybko (o ile nie trzeba robić co krok zdjęć). 

Składniki na ciasto:
  • 2 (pełne) szklanki mąki / 300 g
  • 2 szklanki wiórków kokosowych / 130 g
  • 1 szklanka cukru (ja użyłam drobnego) / 200 g
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia / około 10 g
  • cukier wanilinowy / 15 g ale można dać więcej
  • 8 łyżek oleju
  • 4 jajka (oddzielone żółtka od białek)
  • 2 szklanki rozmrożonego szpinaku (siekanego) / ok. 430 g 

Krok po kroku:
1. Zaczynam od przesypania do miski mąki, wiórków kokosowych i cukru. Następnie wszystko mieszam.

2. Kolejnym krokiem jest dodanie proszku do pieczenia oraz cukru wanilinowego. Ja dodałam również cukier z wanilią. Mieszam wszystko razem. 

3. Do sypkich produktów można teraz dodać szpinak, olej oraz żółtka jaj. Trochę niestety trzeba się namachać, ale najlepiej będzie jak wymieszamy wszystko dokładnie.

4. Teraz trzeba utrzepać jajca. Kiedy są już sztywniusieńkie dodaję je do masy i delikatnie mieszam wszystko. (Miksowanie nie zawierało lokowania produktu)

I ciasto mamy gotowe! Szybka sprawa, co nie? ;)

5. Teraz trzeba tylko przelać masę do formy i upiec. Ja postanowiłam upiec ciasto w keksówce. Ale możecie upiec ciasto w formie jakiej tylko chcecie :)

W tej formie ciasto piekło się wyjątkowo długo. Najpierw 45 minut w 180 stopniach Celsjusza.
Później, kiedy patyczkiem sprawdziłam ciasto (w samym środku), było jeszcze surowe. Zmniejszyłam temperaturę na 150 stopni i piekłam jeszcze 30 minut, aż wykałaczka była sucha. 

A tak wygląda upieczone szpinakowe szaleństwo:

Smak określić można jako wyjątkowy. Świeżość szpinaku i słodkość kokosa w jednym. Chociaż mimo użytej całej szklanki cukru, ciasto nie jest bardzo słodkie. W sumie jest... mało słodkie. Ale bardzo smaczne. Ciekawa jest jego struktura, bo jest bardzo wilgotne i mięsiste ale jednocześnie wypieczone. Zwykle jeśli chodzi o ciasta w tej formie, nie przepadam za "skórką", tylko wyjadam środek. Ale w tym przypadku chrupiąca część jest mega smaczna.  Dlatego też w przyszłości użyję tego przepisu do robienia chrupiących ciasteczek.

I jak wrażenia?
Jadłbyś? Jadłabyś?

Próbowaliście kiedyś podobnego przepisu? Może macie coś swojego, sprawdzonego?
A może jeszcze nie próbowaliście szpinaku na słodko?

Dajcie koniecznie znać! :)

~Paulina 

28 maja 2016

Sprawozdanie z wycieczki

Cześć i czołem Wygłodnialcy! 

Z okazji drugiego już długiego majowego weekendu, opowiem Wam o wyjeździe, który miał miejsce pierwszego długiego majowego weekendu (chrzanić przecinki!).

*głęboki wdech, wydech, czytamy*

Odkąd pamiętam rajcowało mnie podziwianie przeróżnych, naturalnych krajobrazów. Im dalej widać horyzont - tym lepiej! W dzieciństwie mieszkałam na Kujawach, gdzie jest na ogół płasko i horyzont kończy się na sąsiednich drzewach... Moja rodzinna wieś otoczona lasami właśnie, jest piękną okolicą i bardzo cieszę się z tego, iż nie przyszło mi wychowywać się w mieście. Ale pięknych widoków nigdy dość. A co jeśli połączyć niesamowite widoki z niesamowitym miejscem? Przepis na pełnię szczęścia! Bardzo chciałam zobaczyć na żywo zaporę w Solinie. Ale z Kujaw, a tym bardziej z Pomorza było za daleko. Dopiero teraz, kiedy wylądowałam na Podkarpaciu, w Rzeszowie, Solina jest niemal na wyciągnięcie ręki. (O ile ma się dość długie ręce, bo to i tak dwie godziny drogi autem). Razem z Mateuszem i parą znajomych (których w tym momencie pozdrawiam :D) wyruszyliśmy w drogę. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym przez większość trasy nie robiła zdjęć. Aktualny telefon spoczko daje radę w zdjęciowaniu (nawet w trudnych warunkach, a momentami trochę autem telepało).

Zdjęcie powyżej to aktualna tapeta na telefonie Mateusza. 
Skromnie powiem, żem dumna z tego ujęcia. No wyszło mi, wyszło :D

Drajwer wybrał nam na trasę przepiękną okolicę. Tylko momentami jechaliśmy jakimiś głównymi ulicami. Ale zdecydowaną większość przejechaliśmy na bardzo wąskich drogach. Zdarzały się też takie bez asfaltu jeszcze. Ale widoki rekompensowały wszystko. Mówią, że człowiek za wsi wyjdzie, ale wieś z człowieka nigdy. W sumie można to rozpatrywać też w inną stronę. Jam dziołcha ze wsi, ale taki widok jak na zdjęciu powyżej chyba zawsze będzie robił na mnie wrażenie. Toć to zwykłe krowy na łące! Zwykłe? 

*Uwaga anegdota*
Kilkanaście lat wstecz. Jako kilkuletnia dziewczynka wakacje spędzałam na dworze (dla osób z Podkarpacia i innych: na dworze = na polu = w sensie na zewnątrz). [Anegdota w anegdocie - niebywałe zjawisko! Btw, za każdym razem, kiedy słyszę że ktoś coś tam "na polu", śmiecham wewnętrznie, bo wyobrażam sobie od razu rolnika w polu na traktorze - chyba mi to nigdy nie minie]. Ale wracając - wychowując się na wsi od zawsze wiedziałam jak wygląda krowa, świnia, kura, kaczka i inne zwierzęta, które chowało się lub chował kto inny z wioski. Pewnego dnia, usłyszałam niebywałą wiadomość! Jeden z "potentatów" mleczarskich ze wsi kupił sobie czerwoną krowę! Niesamowite! Biegiem ubierać buty, hyc na rower i jedziemy! Nie zapomnę nigdy mego rozczarowania, kiedy "czerwona krowa" okazała się być po prostu rudą krową, ot co. Oczywiście w naszym regionie chyba mogła czuć się wyjątkowa, bo dotąd w okolicach podobnej nie widziałam.  Krowi standard: czarna w białe łaty lub odwrotnie. Chociaż teraz to już nikt tam krów nie ma. Nawet babcia. Piliście kiedyś mleko prosto od krowy, kiedy jest jeszcze ciepłe? Nigdy tego nie doceniałam. Głupia ja. 
*Koniec anegdoty*

Kiedy po dwóch godzinach drogi w przepięknych okolicznościach przyrody dojechaliśmy na miejsce, nie mogłam się doczekać aby wysiąść z auta! (Głodna wrażeń!? W sumie też, ale tyłek mnie już bolał od siedzenia i tyle). Jarałam się tym wyjazdem i widokami po drodze, ale... tama ścięła mnie z nóg. Jakie to jest OGROMNE! 
Z prawej strony sielski obrazek: jeziorko, na jeziorze żaglówki, rowerki wodne itp...

A po drugiej stronie...
Kolejny sielski obrazek: Górki, pagórki, w dolinie rzeczka. Jakaś tam elektrownia, lądowisko dla helikopterów - normalka. 

Efekt jest wgniatający, kiedy stajesz po środku tamy. Z jednej strony masz ogrom wody, a po drugiej dolinę z rzeczką. I wtedy zaczyna się film. 


Co by się działo gdyby... tak po prostu COŚ pieprznęło (a w zasadzie zapora)? Oczami wyobraźni widzę, jak ta masa wody się rozpływa, miażdżąc wszystko co jest po drugiej stronie. (Pomijam fakt, iż zapewne wszyscy zgromadzeni  w promieniu najbliższych kilometrów [i my] by zginęli - niewaaażne!) Oczywiście to takie tam sobie gdybanie. Ale dreszcze mnie przeszły. Panika byłaby ogromna. Ale przeżyliśmy, tama stoi jak stała - wszystko cacy. 

Słit focia musiała być. Zdjęć mam o wiele więcej, ale nie o to chodzi, żeby Wam tylko zdjęcia pokazywać, co nie? :) 

Chociaż, skoro Mateusz zgodził się, żebym pokazała Wam nasze zdjęcie, to czemu nie:
(Wymagał ode mnie tylko drobnej korekty w Photoshopie..)

Pogoda nas nie rozpieszczała, ale kiedy już obeszliśmy całą okolicę, udało nam się załapać na trochę słońca. Zdjęcia od razu inaczej wyglądały :) 

EDIT: Dopiero teraz przypomniałam sobie o jaszczurkach!
Było ich tam więcej, ale tylko te chciały pozować do zdjęć.

Jeszcze na odchodne udało mi się uchwycić małego mieszkańca na zaporze.
(Próbowałam połączyć te zdjęcia w jedno. Ale po obróbce i połączeniu... efekt był taki, że bolały oczy. Jednak mózg nie mógł przetrawić ostrości z bliska i z daleka jednocześnie. Totalny majndfak).


W sumie to jedno z piękniejszych miejsc w jakich kiedykolwiek byłam. Przestrzeń którą można dostrzec gołym okiem, niebywałe (jaram się cały czas). O ile ktoś lubi takie ciekawostki i takie widoki - polecam. Sprawdzone już :D 


Byliście tam kiedyś?

Co myślicie o dzisiejszym poście? Jakieś uwagi?
Piszcie :v

~Paulina